Było wczesne wtorkowe popołudnie i właśnie opowiadałem dziewczynkom o tym, że muszę wieczorem wyjść do pracy. Nie chciały słuchać i mówiły, że nie rozumieją. Tego chyba nauczyły się od swojej mamy, ale miałem nadzieję, że na świadome złośliwości jeszcze przyjdzie czas. Teraz okazywały jedynie, że będą tęsknić i że kochają mnie maleńkością swoich serduch.
Za oknem ulicę kuł bezwzględny jak młot pneumatyczny, młot pneumatyczny. I tak już od dwóch godzin, z przerwą na sikanie, które słychać było dzięki blaszanej wiacie ustawionej niedaleko naszego ogrodzenia. Sikał na falistą i gwizdał. Na szczęście dziewczynki były wtedy jeszcze w przedszkolu. Teraz słyszały jedynie odgłos nie pozostawiający złudzeń co do spokojnego popołudnia.
Kuł i kuł i rąbał i dudnił i przeszywał dudnieniem i kłuł bębenki kuciem i nie mógł przestać.
-Co to jest tato? - zapytała młodsza Kasia, uświadamiając sobie w końcu, że nie zna tego dźwięku.
-Nie chcesz wiedzieć - odpowiedziała za mnie Zuzka. Zuzka miała to do siebie, że we wszystkim naśladowała matkę, taki wiek. Nie wiem czemu moja żona nie była jednak typem zakochanej i zauroczonej do szaleństwa w swoim mężczyźnie kobiety. Może nawet była, choć bezkrytyczności szukałem u niej czasem na próżno. Każdy facet lubi czasem żeby któs w niego patrzył jak w obrazek i nie oceniał nietrafionych decyzji.
-Jeśli wiesz, powiedz siostrze Zuziu - powiedziałem chcąc rzeczywiście sprawdzić ile wie, a na ile blefuje. Byłoby to ciekawe, że w wieku 6 lat potrafi ściemnić tak, żebym się nie zorientował, że nie zna odpowiedzi. Dotąd zawsze czułem kiedy nie wiedziała.
-Nie chcę, żeby się bała - zaszeptała pochylając się w moją stronę. Niestety szept przeszedł w ochrypły głos, który Kasia usłyszała i z pewnością odpowiedziała -Ja się niczego nie boję.
-Tato? - Zuzia jeszcze tylko sprawdziła czy "my dorośli" możemy uchylić rąbka tajemnicy dzieciakowi.
Kiwnąłem głową.
-To aligator - w tle słychać było cierpiący beton, który w dużym przybliżeniu mógł uchodzić za dzikie zwierzę.
-Nie strasz siostry
-Ja wcale jej nie straszę, prawdę mówię jej- trochę wpadła w poetykę mistrza Yody.
Światło świeciło prosto w nasze drzwi wejściowe i jedno małe okienko na lewo od drzwi i wysoko pod sufitem, zostawiając piękną i ciepłą smugę słonecznego blasku. Czasem dziewczynki łapały drobinki kurzu, innym razem chodziły po świetle jak po słonecznej drodze do krainy wyobraźni. Ja sam grzałem sobie stopy pijąc herbatę.
Coś załomotało o drzwi. W tle wciąż rąbiącego młota niewiele mogło być słychać. Ten dźwięk jednak wydał się jeszcze głośniejszy i jakby...groźny.
Wstałem z zamiarem podejścia do drzwi, kiedy te wypadły z zawiasów i naszym oczom ukazał się aligator poruszający swoim wielkim ogonem tak szybko, jakby to był bicz, a nie kilkudziesięciokilogramowy kawał mięsa.
-Aligatooooor - zaszeptała Kasia głosem pełnym czci nabożnej i uwielbienia, mniej strachu, niż mógłbym przypuszczać...
uśmiałam się!:) a to najładniejsze: "Kuł i kuł i rąbał i dudnił i przeszywał dudnieniem i kłuł bębenki kuciem i nie mógł przestać."
OdpowiedzUsuńW poprzednim życiu miałeś córki;)
Na pewno miałem, bo pisało się jakby zupełnie już poza mną :) To było niesamowicie łatwe...ale i przyjemne :D Dzienks :) piszę dalej
OdpowiedzUsuń